LIS
05
Dopadł mnie syndrom permanentnego wewnętrznego znudzenia duszy. Czuje się jak wegetujący organ, tło ludzi szczęśliwych. Nie cierpię swojego życia, wszystko wydaje mi się takie bez sensu. Jestem znudzona i poirytowana. Czym ja właściwie żyję? Dziś chyba... wiarą. Wczoraj miłością.
przedwczoraj nadzieją. A jutro może mnie w ogóle nie być. Żadnych arytmii serca, żadnych radości rozdzierających płuca. Mogę tylko otwarcie się przyznać... jestem zgorzkniała. Do tego z fobią społeczną...
14 luty spędzony samotnie wśród tłumu ludzi, którzy nie rozumieją stanu mojej duszy. Nawet nie chcę jej przed nimi obnażyć, nie chcę się okazać słaba. Wolę się uśmiechać robiąc dobrą minę do złej gry.
"99,9 procent to brak miłości. 0,1 procent to tak zwane inne czynniki"
Dobra koniec tych żalów, przede mną jeszcze wieczór z fizyką. Ehhhhhh... ;]

